Magia imprez plenerowych w wieżowcu...

Zaczęło się niewinnie od konwersacji na portalu społecznościowym. Po wymianie kilkudziesięciu wiadomości o charakterze wybitnie kurtuazyjnym kolega Mariusz przeszedł do meritum. Padła propozycja "Wpadnij na drinka". Ponieważ mam 41 lat i prawdopodobnie zaawansowanego Alzheimera dałem się ponownie podejść zapominając o traumatycznych przeżyciach z roku numer 1992. W owym roku mój Tata został strategicznym sponsorem mojego szlabanu na opuszczanie miejsca zamieszkania. Po dwóch dniach lampienia się na bandę pojebanych rybek akwariowych zacząłem się zachowywać identycznie jak one. Chodziłem po pokoju w kółko i podjadałem. W końcu Fleter junior doszedł do wniosku, że tak to można ewentualnie życie zmarnować i lepiej zostać detalicznym sprzedawcą rzodkiewki łagodnej na bazarze. Doszło do rozkminki ze starszym. O dziwo zapomniał o błędach mojej młodości i po czterech godzinach negocjacji pozwolił mi na opuszczenie kwadratu, ale z psem marki foksterier model "Kiza" (ówczesny synonim dozoru elektronicznego). Ponieważ pies był mądrzejszy ode mnie i miał węch "jak ja pierdole" dotarł do miejsca zameldowania błyskawicznie natomiast ja doznałem najwidoczniej, ale to tylko przypuszczenia, awarii błędnika i zupełnie przypadkowo trafiłem na osiemnaste urodziny kolegi z których wróciłem po 3 dniach. Wczoraj historia niemalże zatoczyła koło. Na festyn do ziomka musiałem się dostać więc jako bezrobotny pomyślałem "weź debilu taksówkę". Z racji tego że mam uczulenie na banknoty i nie mam w zwyczaju noszenia przy sobie hajsu (liczne kradzieże z włamaniem do kieszeni) zięciu pierdolnął po taryfę z komóry, zaznaczając iż kierownik dyliżansu ma być wyposażony w terminal do kart płatniczych lub bankomat. W ogólnym podnieceniu staliśmy w kuchni patrząc czy rydwan zajechał na dziedziniec. W końcu zajechał. Odczekaliśmy akademicki kwadrans, aby do sąsiadów dotarło że mają do czynienia z personą o której co roku jest mowa w publikacjach listy "100 najbiedniejszych" kwartalnika "Osiedle Morelowa". Dżokej przybył vanem. Zrazu pomyślałem, że w bagażniku ma punkt krawiecki oraz biuro rachunkowe. Po wyważeniu furtki do pojazdu kierownik wycieczki zapytał czy fajans z coca colą jest aby zakręcony. Był. Lokalną wycieczkę o charakterze krajoznawczym (Wrocławska, Konstytucji, Długa, Dąbrówki, Wojska Polskiego) umilaliśmy sobie rozmową o naczelniku z Żoliborza. Rachunek 15 zeta pokryłem bez grymaszenia oraz faktury VAT. Przy domofonie starałem sobie przypomnieć jaką kurwa kombinację cyfr wprowadzałem wychodząc ćwierć wieku z największym przyjacielem człowieka na spacer. I o dziwo trafiłem. Przywitaliśmy się z mamą gospodarza po czym nastąpiła ceremonia otwarcia. W drodze do płaza kolega urozmaicał wieczór opwieściami co się dzieje na dzielni. Po dotarciu do "Żabki" nastąpił czas decyzji. Jogobella oraz szpinak zostały z diety wyeliminowane natychmiast gdyż nie posiadały znaków akcyzy. Wzięliśmy artykuły dosłownie pierwszej potrzeby (litra i pepsi). Po powrocie do chaty zaczęła się debata o egzystencji oraz gra na gitarze. Mariusz obiecał, że w ramach półkolonii z półlitrówką nauczy zięcia grać. Po dwóch pierwszych podejściach okoliczni mieszkańcy zaczęli wywieszać banery "na sprzedaż". Gdybym ja chwycił za wiosło to wojsko zarządziłoby ewakuację województwa i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości, bo mam słuch jak kret wzrok. Impreza wypadła zacnie do tego stopnia, że do wtorku nie wyjdę nawet do piekarni po pół bułki wrocławskiej.

Komentarze

Popularne posty